Przesiadka z 10.5 na 10.6…
Zupełnie nie śledząc przez kilka miesięcy zmian i nowinek od Apple dostrzegłem przez przypadek, że dostępny jest Mac OS X Snow Leopard w cenie (z przesyłką) nieco ponad 130 zł. Długo nie trwało jak… dodałem do koszyka.
Tak jak dokonałem tego w poniedziałek, tak we środę paczka była już u mnie.
„Fanom” windows nie dane jest doświadczać takich chwil…
Za pomocą Time Machine zrobiłem jeszcze kopię zawartości danych całego MacBooka, z myślą o konieczności usunięcia przed aktualizowaniem dotychczasowego systemu i tym samym zawartości całego dysku. Po sieci przekopiowałem dodatkowo większość istotnych danych na Maca mini. Wrzuciłem do napędu płytę DVD i przystąpiłem do instalowania…
Instalacja przebiegła (faktycznie) dość szybko (około pół godziny), przez większość czasu trwała w obrębie uruchomionego Leoparda 10.5.8, pod koniec dopiero restartując Maca. Instalator - mimo, że nigdy mnie nie denerwował pytaniami i komunikatami - teraz (faktycznie) jeszcze mniej ich wyświetlał.
System uruchomił się ponownie. Heh, okazało się że… zachował wszystkie moje dane. Dodatkowo posprzątał po starym systemie, de-facto zwalniając przy tym blisko 9 GB na dysku.
Najważniejszy zysk z aktualizacji do 10.6: przy zachowaniu dotychczasowych upodobań i wygody nawigacji w obrębie systemu i aplikacji Maca, dokonuje się historyczna transformacja 32-bitowej architektury systemu do wersji 64-bitowej. Przyczynia się ona do pełnego wykorzystania potencjału tkwiącego w sprzęcie (każdy Mac z Intelem Core 2 Duo). Do tego - co najistotniejsze i przepiękne - po przesiadce na nową architekturę 64-bitową, sprzętu (jak skanery, aparaty, modemy, drukarki, tablety, klawiaturki sterujące midi, kamery itd.) można nadal używać: tak jak do czasu przed aktualizacją.
Rewelacja. Tak robi się właśnie rzeczy zarazem niezwykle praktyczne, przy tym intuicyjne w użyciu i na dodatek ładne (świadomość łączenia użyteczności z estetyką i technologiami z najwyższej półki).